15-04-2018 Baśń pszczelarska cz.II

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na jednym ze strzelistych pni w słonecznym promieniu rozbłyskiwało coś złociście. Podszedł bliżej i zobaczył ze zdziwieniem, że po chropowatej korze naprawdę spływa złoty, skrzący potok rozlewając się tu i tam na drobniejsze strumyczki. -Miód! Leśny miód!- zawołał. Serce podskoczyło mu z radości. –Zaniosę dziadkowi , oznajmił głośno. –Hej! Pszczółki! Użyczycie mi swego miodu dla dziadka? Podniósł głowę i rozejrzał się za nimi. Siedziały rządkiem na wysokiej gałęzi i przypatrywały mu się ciekawie. – Pozwalacie, prawda? Odpowiedział mu cichy brzęk. – Ale w co ja wezmę tego skarbu?, zawołał zmartwiony tą nagłą przeszkodą. Tuż pod nogami dostrzegł duży płat brzozowej kory. Zwinął ją w spory rożek, utkał mchem, związał witką brzozową i oto miał już naczynie. Kiedy złota struga napełniła je, skłonił się pszczółkom i pognał co sił do chaty. Dziadek siedział na progu ze zwieszoną głową, za słaby, by iść szukać wnuka a serce wypełniał mu lęk o niego. Jakże się ucieszył widząc go całym i zdrowym. Siwe oczy rozbłysły a serdeczny uśmiech jeszcze bardziej pobruździł twarz. Wojtek czym prędzej wysypał poziomki do miski i nalał w nie miodu. Jedli pospołu te wspaniałości żałując, że nie ma do nich choć glonka chleba. -Będzie i chleb dziadku, będzie! Zapewniał Wojtek mając jeszcze przed oczyma pszczele królestwo. Następnego ranka pszczółki przyszły po Wojtka pod samą chatę. Wziął z sobą gliniak niewielki i poszedł śmiało za nimi. Tym razem wystarczyło miodu i dla nich i na sprzedaż w miasteczku. Tego wieczoru jedli już chleb z miodem. I tak było każdego dnia. Wydobrzał dziadek, siły odzyskał i krzątał się wesoło w chacie, w której nie bywało już głodno. Lato chyliło się już powoli ku jesieni gdy pszczółki wskazały Wojtkowi barć wysoko na sośnie. Wydało mu się przez chwilę, że wśród przewodniczek dostrzega „swoją” pszczółkę. –Może to ona a może nie, dumał. Patrzył w górę i dumał jak tak wysoko wleźć. Przecież nie może spaść ani krzywdy nijakiej sobie zrobić, bo to obiecał dziadkowi. Stawiał stopy ostrożnie na gałązkach i sękach i aż się zdumiał, że tak zgrabnie mu szło. Począł wybierać miód do uwiązanych u pasa gliniaków, kiedy nagle z głębi barci coś tak zaświeciło mu w oczy, że aż je zmrużył. Pod ostatnim plastrem skrzyło się coś wielkim blaskiem. – Ej, miód się wylał i świeci w słonecznym promyku, zamruczał Wojtek. Ciekawość jednak kazała mu sięgnąć do owego blasku. –To nie miód, szepnął, dotykając czegoś twardego i chłodnego. Wydobył na światło kamień-nie kamień, bryłkę tak cudną, że oślepiony tysiącem promyków, co biły od niego o mało nie puścił gałęzi na której wisiał. Zszedł powoli, odwiązał gliniaczki od pasa i ustawił w trawie. Dopiero teraz usiadł pod drzewem, wyjął znalezisko zza pazuchy i wpatrywał się w nie oszołomiony jego urodą. Tymczasem do miodu dobierały się leśne mrówki i muchy. Wojtek nie widział nic, tylko kamień. Siedziałby pewnie tak długo, gdyby nie groźne brzęczenie nad głową. -Tak pszczółki. Macie rację. Gapa ze mnie. Marnuję waszą pracę. Wybaczcie. Już i ja się biorę do roboty. Wrzucił kamień za pazuchę , pozbierał gliniaki i ruszył do chaty. O kamieniu zmilczał nawet przed dziadkiem. W nocy spać mu nie dawała myśl o nim. Co to jest? Kto mu powie, co to za piękny kamień? Do tego znaleziony nie na ścieżce, nie nad strumieniem ale w barci leśnej. Kogo pytać, by biedy sobie nie napytać. Tylko jedno przychodziło mu do głowy. Klasztor. Świtem poszedł do miasteczka ale zamiast jak zwykle na rynek, udał się do braciszków. Zdziwili się braciszkowie, bo dawno ich nie odwiedzał, ale przyjęli go serdecznie, jak zawsze. Zdziwili się jeszcze bardziej, kiedy poprosił, by go zaprowadzili do przeora-ojca Laurenta. Ojciec Laurent, który zawsze zwracał się do niego-synu, przywitał go życzliwie ale czekać kazał, bo pisał coś pilnie. Czekał więc Wojtek i coraz bardziej wątpił w to, że jego pragnienie się spełni. Umyślił sobie w nocy, że ten piękny kamień odda Najświętszej Panience, której obraz cudny wisi w kaplicy. Widział wota wszelakie pod jej wizerunkiem i zapragnął oddać jej to, co miał najpiękniejszego. Teraz, czekając pomyślał, że może kamień nie wart takiej łaski – Gdybym miał mamę pewnie by mi powiedziała, czy tej Matce –Najwspanialszej godzi się dać taki ot sobie kamień. Tyle, że zacnej urody. Dumając tak doczekał ojca Laurenta . Wyjął zawiniątko zza pazuchy , odwinął kamień z liścia łopianu i zmartwił się. Kamień wydał mu się tutaj jakby mniej piękny. Ojciec Laurent przyglądał mu się w milczeniu. Wojtek wyciągnął ku niemu dłoń ze swoim skarbem i rzekł nieśmiało. Chciałbym, ja… chciałem to… ten kamyk ofiarować Mateczce… co w kaplicy ale nie wiem… czy godzi się? Przeor sięgnął po kamień i dobrą chwilę oglądał go pod światło, patrząc jak łamie je w tysiące kolorowych promyków. Wojtek bladł i czerwieniał na przemian czekając na jakieś jego słowo. Długo to trwało, w końcu przeor zapytał: – skąd to masz, synu? Głos mu drżał odrobinę. Wydał się Wojtkowi jakiś zaniepokojony. Chcąc go czym prędzej uspokoić chłopiec pokrótce opowiedział mu wszystko, co mu się przydarzyło: o pszczółce i o innych jej siostrach i o tym, jak użyczały mu miodu tak, że w chacie lepiej się dziać poczęło i o tej ostatniej barci, na wysokim drzewie. Przeor wysłuchał uważnie i już spokojny ale jakich uroczysty i poważny rzekł:- Nie znam się dobrze na tym ale wydaje mi się chłopcze, żeś został obdarowany skarbem. Ten kamień jak go nazywasz, to może być diament. Bardzo piękny i bardzo drogi. Nie mogę cię jednak darmo łudzić. Trzeba, by ktoś znający się, zaufany i nie papla ocenił czy tak jest w istocie. Gdybyś sam poszedł z tym kamieniem do kogo, niechybnie okradziono by cię, oszukano, a co gorsze jeszcze, oskarżono o kradzież i uwięziono. Jeśli mi ufasz zdaj się na mnie. Za trzy dni będziemy wiedzieć, co to za kamyk. No co, zgoda? Wojtek słuchał słów przeora jak baśni. Może tak sobie z niego żartuje? Ale nie, przecież nigdy nie wyśmiano go tutaj. Był tak zdumiony, że nie pytał już o nic. Kiwnął głową i pożegnał się pośpiesznie. Braciszkowie usta pootwierali ze zdumienia, patrząc jak biegnie nie widząc i nie słysząc nic. Trzy dni zbiegły Wojtkowi na codziennych zajęciach i na marzeniach. Jakby to było cudnie gdyby tak poprawić chatę, ziemi skrawek mieć, chleba dostatek i piec ciepły zimą i łachy jakieś przystojniejsze… Karcił sam siebie za te myśli. – Toż to pewnie zwykły kamyk. Po co się mamić lepszą chatą czy odzieniem nowym. Potem biegł jak zawsze do lasu, do pszczół i barci. Tak mu zeszło do dnia, kiedy miał znów pójść do klasztoru. – Braciszkowie już nie dziwiąc się niczemu zaprowadzili go prosto do przeora. Stanął przed nim Wojtek i pokornie pozdrowił. Ojciec Laurent posadził go przed sobą, za ramiona wziął i w oczy mu patrząc rzekł: – No jak Wojtku? Trwasz przy tym, by ten kamyk ofiarować naszej Matce Najświętszej? – Trwam, szepnął Wojtek. – To powiem ci chłopcze, że i cały piękny kościół możesz Jej wybudować! Ale najpierw wybuduj chatę sobie i dziadkowi. Ona, Matka też by tak wolała. Umilkł przeor a Wojtek nie śmiał o nic pytać. Po chwili dopiero, kiedy zrozumiał słowa , które usłyszał wstał raptownie i do nóg się rzucił przeorowi. – Jak to? Co to za kamyk, że i kościół … i chatę… ? Mówcie dla Boga, bo mi się w głowie miesza. Ojciec Laurent podniósł chłopca i wszystko mu szczegółowo opowiedział. Powiózł on kamień do dużego miasta, do skarbca, którym opiekował się jego przyjaciel, braciszek zakonny jak i on ale kształcony tak, by strzec, zdobić i naprawiać złote kielichy, monstrancje i wszelkie precjoza służące Bogu na chwałę. Tenże braciszek szybko rozpoznał w kamieniu diament ale dla większej pewności zaniósł go jeszcze do miejskiego jubilera. Nie było w tym nic dziwnego. Wszyscy wiedzieli , że jest to braciszek od skarbów. Jubiler potwierdził , że rzeczywiście jest to wielki, piękny diament i określił bardzo wysoko jego wartość. Pałał też chęcią wielką, by kupić go od braciszka ale ten kazał mu czekać na właściciela owego skarbu. – A właściciel to ty Wojtku, zakończył opowieść przeor. Jeszcze tej jesieni pod lasem za wsią stanęła nowa, jasna chata z wielkim kominem i dachem spadzistym. Większa i ładniejsza od chat najbogatszych gospodarzy we wsi. Za chatą , stanęła stodółka i obora dla krowy , która muczała wesoło na widok dziadka. W miasteczku zaś zwożono drewno i kamień na kościół. Składano wszystko na wielkim placu pod dachem, by z wiosna zaraz ruszyć z budową. Wszystkiego pilnował młody jasnowłosy chłopak na zmianę z klasztornymi braciszkami. Chłopaka rozpoznawano jako „ dziadoka” spod lasu ale nikt go już tak nie nazywał. Gadano za to o cudach i czarach. Wojtek nie przeczył. Tylko latem następnego roku, kiedy niewielki ale piękny kościołek był gotów, poprosił przeora, by patronowała mu Matka Boża , opiekunka pszczół i pszczelarzy. Tak bardzo był wdzięczny tym małym owadom, że je także chciał uczcić. Zafrasował się przeor, bo o takim imieniu Matki Bożej nie słyszał ale pomyślał, że przecie ta Matka opiekuje się każdym Bożym stworzeniem i nie ma w tym nic zdrożnego. Wkrótce na jednej ze ścian kościółka zawisł wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku i pszczołą na palcu wyciągniętej ku ludziom dłoni.Tuli Syna i na pszczółkę spogląda z miłością, bo wszystko, co stworzone przez Boga godne jest miłości. Wierni do dziś tłumnie nawiedzają świątynię Matki Bożej „od pszczółek” , by za Jej wstawiennictwem dziękować Bogu za piękno i dobra jakimi darzy świat.                                                                                                       Władysława Cyran.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA