14-04-2018 r Baśń pszczelarska cz.I

 

 

 

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DAR KRÓLOWEJ  cz.I

Było to dawno temu. Tak dawno, że już nikt nie pamięta, czy zdarzyło się naprawdę . W małym, lichym domku poza wsią żył staruszek a z nim chłopiec niewielki. Staruszkowi było Barnaba a chłopcu Wojtek. Nikt ich tak jednak nie nazywał. Ludzie ze wsi mówili o nich „dziadoki” ale przeważnie nie mówili wcale. Nikt też ich nie odwiedzał, bo w lichej izbie nawet przysiąść nie było na czym a i poczęstunku żadnego spodziewać się darmo. Najważniejszym sprzętem był piec wylepiony starannie przez Barnabę a najpiękniejszym- obraz święty przed którym dziad i wnuk klękali każdego poranka i wieczora. Na obrazie Matka Boża z Dziecięciem na ręku i aniołowie i litery obce jakieś, wyblakłe. Wojtek codziennie wpatrywał się w twarz Matki na obrazie i tak przylgnęło mu serce do niej, że patrząc szeptał nieraz-mamo. Dziadek karcił go łagodnie ale i on nieraz wzdychał do Matki jak do rodzonej, której nie pamiętał. Im ciężej było im żyć tym mocniej obaj wzdychali i jakoś tak się stawało, że najgorsze biedy nie dały im rady. Całowali w podzięce ręce Matki na obrazie i dbali bardzo, by lśniła barwami na całą nędzną izbę. Barnaba od wiosny do jesieni chodził do wsi i pomagał w gospodarstwach. Dostawał za to czasem grosz czy dwa a częściej koszyk ziemniaków, woreczek kaszy czy czego tam, co gospodarzom zbyło. Wojtek chodził w druga stronę-do lasu. Zbierał chrust, znosił pod strzechę, by przewiał go wiatr i osuszyło słońce. Od wiosny do późnej jesieni wydeptywał coraz to inne ścieżki, by oprócz chrustu zbierać to, czym las darzył: maliny, jagody, grzyby czy choćby ziele jakie, które cieszyło Barnabę. Kiedy już nadto bieda przypiekała szedł Wojtek do miasteczka-do klasztoru na górce, biednego jak oni sami. Przygarniali braciszkowie sierotę i dzielili się z nim czym mogli. Wdzięczne chłopię w podzięce pomagało im jak umiało. Właził Wojtek na wysokie drzewa, by zdjąć jabłek parę , biegał na posyłki , szorował piaskiem sagany ale najchętniej pomagał przy uprzątaniu i strojeniu kaplicy. Znosił naręcza polnych kwiatów i ziół i układał tak, że uboga kaplica stawała się niczym cudna łąka. Braciszkowie w zamian odkładali dla niego pajdę chleba z własnego posiłku, którą on niósł dziadkowi jak skarb. I tak się wspomagali dziad i wnuk lato za latem, zima za zimą aż któregoś majowego dnia zdarzyło się coś, co odmieniło ich los. Ranek wstał piękny. Barnaba wybierał się, jak zawsze, do wsi. Z trudem jednak dźwignął się z łóżka po ciężkim wczorajszym dniu i zmartwiony swoją niemocą przysiadł na progu. Wojtkowi żal było dziadka. Nie był już prosty i silny jak kiedyś. Twarz pobruździł mu wiatr i mróz, siwe oczy wyblakły a proste plecy przygarbiły. Chłopiec postanowił, że teraz on będzie chodził i do wsi i do lasu. Dziadek zaś zostanie w chacie. Jak postanowił, tak zrobił. Ludzie we wsi zdziwili się widząc rosłego chłopaka, który dzielnie kopał, kosił, nosił wodę, czyścił oborę … a wszystko to zgrabnie i porządnie. Chłopcu jednak przykro było słuchać jak nazywają go „dziadokiem” i służba mu brzydła. Żeby nie troska o dziadka rzuciłby wszystko i poszedł w świat. Lepsze były dni, kiedy szedł do lasu. Wstawał o świcie, kładł kawal chleba za pazuchę i ruszał jedną ze ścieżek, które sam wydeptał. Pozdrawiał budzące się ptaki, witał się ze znajomymi drzewami i pełen otuchy szedł na polanę na której rosły poziomki od wiosny aż pokąd ich przymrozek nie zwarzył. Trawa mokra od rosy pachniała pięknie. Bywało, że rozmarzony, pełen zachwytu nad każdą trawką, nad mocą drzew, nad złotem słonecznych promieni wpatrywał się w wysokie niebo pełen słodkiej wdzięczności Bogu za to całe piękno. Gadał z żukami i mrówkami, ratował muszki przed zdradliwą pajęczyną rozpiętą na gałązce, odpowiadał ptakom trelem najpiękniejszym, jaki tylko potrafił z siebie wydobyć . Czasem spotykał w lesie ludzi ze wsi. Ci do miana „dziadoka” dodawali teraz kolejne -„durnowaty”. Oni widzieli w lesie tylko to, co mogli z niego wynieść z pożytkiem dla siebie. On tak nie umiał i nie chciał. Coraz rzadziej szedł do wsi i coraz częściej do lasu. Do chaty zajrzała rozpaczliwa bieda. Jagody i grzyby czy ziele lada jakie mogło wystarczyć za pożywienie na chwilę. Nie wracały sił dziadkowi a i Wojtek choć młody przecież wychudł i z sił opadł. Coraz częściej też zamyślał się nad ich losem. W ów majowy poranek przebiegł już kawał lasu. Uzbierał chrustu i poziomek dla dziadka, wreszcie zmęczony usiadł w gąszczu jak najdalej od ścieżki. Nie chciał znów usłyszeć tego, co ludzie o nim mówią. Rozmyślał patrząc na pracę mrówek i postanowił, że schowa dumę do kieszeni i pójdzie jutro do wsi. Nie może pozwolić, by głodem pomarli. Tymczasem oparł głowę na łokciu i patrzył na żyjątka uwijające się w trawie. Po chwili ciszę przerwał donośny brzęk i duża, piękna pszczoła zakołysała gałązką mniszka. Złoty kwiat aż się ugiął pod jej ciężarem a pszczoła niemal cała ukryła się w jego żółtych piórkach. Wojtek patrzył z podziwem i gadał do siebie… „ jakie to zwinne , jakie pracowite. I mrówki i te żuczki dookoła i ta piękna pszczoła… a ja?” I tym mocniej postanowił iść jutro do wsi na zarobek. Niech tam gadają co chcą. Pszczoła tymczasem opuściła kwiatek i bucząc jeszcze głośniej próbowała odfrunąć. Lecz czy to skrzydełka rosa zmoczyła, czy zbyt dużo skarbów zebrała , dość, że opadała ciężko na trawę ilekroć podrywała się do lotu. Jej brzęczenie prawie ucichło. Króciutkie bzz było bardzo smutne i brzmiało jak prośba o pomoc. -Prosi pomocy, pomyślał Wojtek. Co mam zrobić pszczółko? Zaniósłbym cię do twojego domu , ale gdzie on? Kto to wie? -Ja, zabzyczało cichutko spod trawy. Wojtek popatrzył wokoło. Nikogo. Przeraził się trochę. – Nie darmo ludzie mówią, żem durnowaty, kiedy głosy słyszę. Zdawało mi się, że pszczoła po ludzku gada. -Gada. Znów usłyszał jak ktoś czy coś powtarza jego słowa. -Pszczółko, czy ty mówisz do mnie? -Do ciebie. Usłyszał , chociaż nie mógł pojąć. Teraz jednak już był pewien, że to nie przywidzenie. Złapał się za głowę ze zdziwienia ale wnet przyszło mu na myśl, że pszczółka zaczęła gadać ludzkim głosem ze strachu i zmartwienia.Z pragnienia wielkiego, by ktoś jej pomógł. Nie chce przecież zginąć. Pochylił się niziutko i wpatrzył w niebogę. Wydało mu się, że na główce owada widzi malutką koronę. Zamrugał oczami. – To słońce tak mami, zamruczał. – Jakże ja ci mam pomóc maleństwo? Toż sam pragnę pomocy . -Pomóż. A ja pomogę tobie, usłyszał w odpowiedzi. -A gdzieżby. Takieś maleństwo a obiecujesz pomoc takiemu dryblasowi. Obejdzie się. Powiedz raczej co mam robić. -Zerwij dzwonek leśny i liść babki. Usiądę na listku, ty mnie połóż na dłoni i nieś. Dzwonkiem zaś podzwaniaj co chwilę. Po tych poleceniach zamilkł cieniutki głosik. -Pewnie bardzo się zmęczyła tym ludzkim gadaniem, pomyślał Wojtek. Zrobił to, co mu poleciła. Zerwał liść babki i dzwonek leśny, dziwiąc się, że trafił się taki wielki i piękny. Położył liść na dłoni a dłoń na trawie. Pszczółka wnet się wgramoliła na liść a on zrobił z dłoni łódkę i ruszył przed siebie. Co jakiś czas potrząsał dzwoneczkiem a on dźwięczał tak cicho, że Wojtek go nie słyszał. Robił jednak to o co pszczółka prosiła. Dziwiło go tylko, że ilekroć potrząsnął kwiatem to gdzieś w pobliżu odzywał się cichutki dźwięk podobny do trelu słowika wskazując mu kierunek. Natężał więc słuch pilnie. Pszczoła siedziała cicho na jego dłoni do chwili, kiedy po potrząśnięciu dzwonkiem odezwał się nie trel ptasi a donośne brzęczenie. Przestraszył się . Pokłują go, pożądlą i jak jutro pójdzie do wsi? Odruchowo zamknął dłoń z pszczołą. Może to nie jej rodzina? Może to nawet nie pszczoły? Kto to wie? Niczego nie widać, za to brzęczenie aż w uszach dudni! Potrząsnął znowu dzwonkiem i ze zdumieniem stwierdził, że brzęczenie cichnie. Pszczoła w jego ręku poruszyła się niecierpliwie. Otworzył więc dłoń i czekał. Nie odlatywała. – Idź dalej, usłyszał. – Idź do nich. Szedł więc ostrożnie przez gęste zarośla w stronę, skąd dochodziło brzęczenie. Dobrą chwilę przedzierał się przez gąszcz uważając, by nie zgubić ni pszczoły ni dzwonka. Po chwili groźne buczenie odezwało się znowu, lecz teraz brzmiało inaczej. – Niczym organy w kościele, pomyślał. Już się nie obawiał żądeł. Słuchał i szedł w stronę tego grania aż zobaczył chmurę złocistą , która falowała w słońcu. To od niej szła ta dziwna muzyka. Ciekawość, lęk i zachwyt tak mieszały mu myśli, że przykląkł na trawie i słuchał. Złota chmura oderwała się od pnia i teraz grając głośno otoczyła chłopca wykonując jakiś szalony taniec. Wojtek odruchowo schował głowę w ramiona , zamknął oczy i uniósł dłoń z dzwonkiem w obronnym geście. Drugą, tę z pszczołą trzymał nadal przed sobą. Chwilę dobrą trwał w tym owadzim graniu nie wiedząc czy to sen czy jawa. Nagle wszystko ucichło. Otworzył oczy i rozejrzał się dokoła. Wielki rój pszczół obsiadł pobliski pień i tylko nikłe drganie wskazywało, że jest tam życie. Pszczoły na jego dłoni nie było. Tylko zwiędły liść babki pozostał i dzwonek błękitny. Opuścił ręce i patrzył jak maleńkie owady, pomagając sobie skrzydełkami sadowią się coraz wyżej na pniu w ciszy i skupieniu jakimś. -Niczym ludzie w kościele, pomyślał. Wpatrzony w to dziwne zjawisko dostrzegł w samym środku „swoją” pszczółkę. Była większa i –jak mu się wydało- bardziej złota. – A więc trafiliśmy-szepnął uśmiechając się szeroko. –To od tej korony tak błyszczypomyślał i zaraz druga myśl przyszła-że niechybnie jest „durnowaty”, bo jakaż korona mogła być na pszczelim łebku? Wstał i rozejrzał się za ścieżką.- Trzeba wracać. Dziadek będzie niespokojny. Zaledwie jednak odszedł kilka kroków nad jego głową znów rozległo się buczenie. Kilkanaście pszczół szybkim, kolistym ruchem migało mu przed oczyma. -I czegóż wy małe jeszcze chcecie? Wracajcie, bo znów się którejś przygoda zła zdarzy. Ale pszczoły nie słuchały. Uparcie krążyły mu tuż przed oczyma. -Chcecie bym zawrócił ? Stało się znowu co? Nie mogę kochane. Dziadek sam w chałupie. Pewnie się martwi, że tak długo nie wracam. I głodny pewnie. O, laboga! Toż poziomki na łące zostały! Co ja dam dziadkowi? Umorzy się! Ciche brzęczenie nie ustawało. Pszczoły za nic miały jego protesty. Odlatywały na parę łokci w las i uparcie powracały krążąc nad jego głową. – Choćby te poziomki zabiorę, pomyślał. Ruszył jak mógł najszybciej popędzany obawą o dziadka. Wkrótce dotarł do łąki i odnalazł rożek z łopianu w który nazbierał poziomek. Pszczoły nie ustawały. Przyleciały wraz z nim i krążyły wciąż i wciąż kusząc go w powrotną drogę. Zmęczył się już tą zabawą. – Daleko mnie nie poprowadzą, pomyślał i ruszył za nimi. Teraz rozpoznawał już miejsca, które widział niedawno. – Kraina pszczółek, rzekł do siebie. Po chwili był już w takiej gęstwie, że z trudem stawiał stopy pomiędzy zbutwiałymi pniami, suchymi gałęziami zarosłymi krzakami i zielskiem wszelakim. Wcześniej, przejęty rolą i trochę przestraszony, niewiele widział. – Co za głusza, pomyślał. Potknął się o zbutwiały pień i przysiadł. Umilkł szelest jego kroków i wtedy usłyszał znowu równe, donośne brzęczenie. – Pszczoły znów grają, szepnął do siebie. – I jak pięknie basują. Podniósł głowę i rozejrzał się. Ogromne świerki, sosny i buki prześwietlało słońce. Na jednym ze strzelistych pni w słonecznym promieniu rozbłyskiwało coś złociście. C.d.n.

Władysława Cyran

OLYMPUS DIGITAL CAMERA