BAŚNIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na jednym ze strzelistych pni w słonecznym promieniu rozbłyskiwało coś złociście. Podszedł bliżej i zobaczył ze zdziwieniem, że po chropowatej korze naprawdę spływa złoty, skrzący potok rozlewając się tu i tam na drobniejsze strumyczki. -Miód! Leśny miód!- zawołał. Serce podskoczyło mu z radości. –Zaniosę dziadkowi , oznajmił głośno. –Hej! Pszczółki! Użyczycie mi swego miodu dla dziadka? Podniósł głowę i rozejrzał się za nimi. Siedziały rządkiem na wysokiej gałęzi i przypatrywały mu się ciekawie. – Pozwalacie, prawda? Odpowiedział mu cichy brzęk. – Ale w co ja wezmę tego skarbu?, zawołał zmartwiony tą nagłą przeszkodą. Tuż pod nogami dostrzegł duży płat brzozowej kory. Zwinął ją w spory rożek, utkał mchem, związał witką brzozową i oto miał już naczynie. Kiedy złota struga napełniła je, skłonił się pszczółkom i pognał co sił do chaty. Dziadek siedział na progu ze zwieszoną głową, za słaby, by iść szukać wnuka a serce wypełniał mu lęk o niego. Jakże się ucieszył widząc go całym i zdrowym. Siwe oczy rozbłysły a serdeczny uśmiech jeszcze bardziej pobruździł twarz. Wojtek czym prędzej wysypał poziomki do miski i nalał w nie miodu. Jedli pospołu te wspaniałości żałując, że nie ma do nich choć glonka chleba. -Będzie i chleb dziadku, będzie! Zapewniał Wojtek mając jeszcze przed oczyma pszczele królestwo. Następnego ranka pszczółki przyszły po Wojtka pod samą chatę. Wziął z sobą gliniak niewielki i poszedł śmiało za nimi. Tym razem wystarczyło miodu i dla nich i na sprzedaż w miasteczku. Tego wieczoru jedli już chleb z miodem. I tak było każdego dnia. Wydobrzał dziadek, siły odzyskał i krzątał się wesoło w chacie, w której nie bywało już głodno. Lato chyliło się już powoli ku jesieni gdy pszczółki wskazały Wojtkowi barć wysoko na sośnie. Wydało mu się przez chwilę, że wśród przewodniczek dostrzega „swoją” pszczółkę. –Może to ona a może nie, dumał. Patrzył w górę i dumał jak tak wysoko wleźć. Przecież nie może spaść ani krzywdy nijakiej sobie zrobić, bo to obiecał dziadkowi. Stawiał stopy ostrożnie na gałązkach i sękach i aż się zdumiał, że tak zgrabnie mu szło. Począł wybierać miód do uwiązanych u pasa gliniaków, kiedy nagle z głębi barci coś tak zaświeciło mu w oczy, że aż je zmrużył. Pod ostatnim plastrem skrzyło się coś wielkim blaskiem. – Ej, miód się wylał i świeci w słonecznym promyku, zamruczał Wojtek. Ciekawość jednak kazała mu sięgnąć do owego blasku. –To nie miód, szepnął, dotykając czegoś twardego i chłodnego. Wydobył na światło kamień-nie kamień, bryłkę tak cudną, że oślepiony tysiącem promyków, co biły od niego o mało nie puścił gałęzi na której wisiał. Zszedł powoli, odwiązał gliniaczki od pasa i ustawił w trawie. Dopiero teraz usiadł pod drzewem, wyjął znalezisko zza pazuchy i wpatrywał się w nie oszołomiony jego urodą. Tymczasem do miodu dobierały się leśne mrówki i muchy. Wojtek nie widział nic, tylko kamień. Siedziałby pewnie tak długo, gdyby nie groźne brzęczenie nad głową. -Tak pszczółki. Macie rację. Gapa ze mnie. Marnuję waszą pracę. Wybaczcie. Już i ja się biorę do roboty. Wrzucił kamień za pazuchę , pozbierał gliniaki i ruszył do chaty. O kamieniu zmilczał nawet przed dziadkiem. W nocy spać mu nie dawała myśl o nim. Co to jest? Kto mu powie, co to za piękny kamień? Do tego znaleziony nie na ścieżce, nie nad strumieniem ale w barci leśnej. Kogo pytać, by biedy sobie nie napytać. Tylko jedno przychodziło mu do głowy. Klasztor. Świtem poszedł do miasteczka ale zamiast jak zwykle na rynek, udał się do braciszków. Zdziwili się braciszkowie, bo dawno ich nie odwiedzał, ale przyjęli go serdecznie, jak zawsze. Zdziwili się jeszcze bardziej, kiedy poprosił, by go zaprowadzili do przeora-ojca Laurenta. Ojciec Laurent, który zawsze zwracał się do niego-synu, przywitał go życzliwie ale czekać kazał, bo pisał coś pilnie. Czekał więc Wojtek i coraz bardziej wątpił w to, że jego pragnienie się spełni. Umyślił sobie w nocy, że ten piękny kamień odda Najświętszej Panience, której obraz cudny wisi w kaplicy. Widział wota wszelakie pod jej wizerunkiem i zapragnął oddać jej to, co miał najpiękniejszego. Teraz, czekając pomyślał, że może kamień nie wart takiej łaski – Gdybym miał mamę pewnie by mi powiedziała, czy tej Matce –Najwspanialszej godzi się dać taki ot sobie kamień. Tyle, że zacnej urody. Dumając tak doczekał ojca Laurenta . Wyjął zawiniątko zza pazuchy , odwinął kamień z liścia łopianu i zmartwił się. Kamień wydał mu się tutaj jakby mniej piękny. Ojciec Laurent przyglądał mu się w milczeniu. Wojtek wyciągnął ku niemu dłoń ze swoim skarbem i rzekł nieśmiało. Chciałbym, ja… chciałem to… ten kamyk ofiarować Mateczce… co w kaplicy ale nie wiem… czy godzi się? Przeor sięgnął po kamień i dobrą chwilę oglądał go pod światło, patrząc jak łamie je w tysiące kolorowych promyków. Wojtek bladł i czerwieniał na przemian czekając na jakieś jego słowo. Długo to trwało, w końcu przeor zapytał: – skąd to masz, synu? Głos mu drżał odrobinę. Wydał się Wojtkowi jakiś zaniepokojony. Chcąc go czym prędzej uspokoić chłopiec pokrótce opowiedział mu wszystko, co mu się przydarzyło: o pszczółce i o innych jej siostrach i o tym, jak użyczały mu miodu tak, że w chacie lepiej się dziać poczęło i o tej ostatniej barci, na wysokim drzewie. Przeor wysłuchał uważnie i już spokojny ale jakich uroczysty i poważny rzekł:- Nie znam się dobrze na tym ale wydaje mi się chłopcze, żeś został obdarowany skarbem. Ten kamień jak go nazywasz, to może być diament. Bardzo piękny i bardzo drogi. Nie mogę cię jednak darmo łudzić. Trzeba, by ktoś znający się, zaufany i nie papla ocenił czy tak jest w istocie. Gdybyś sam poszedł z tym kamieniem do kogo, niechybnie okradziono by cię, oszukano, a co gorsze jeszcze, oskarżono o kradzież i uwięziono. Jeśli mi ufasz zdaj się na mnie. Za trzy dni będziemy wiedzieć, co to za kamyk. No co, zgoda? Wojtek słuchał słów przeora jak baśni. Może tak sobie z niego żartuje? Ale nie, przecież nigdy nie wyśmiano go tutaj. Był tak zdumiony, że nie pytał już o nic. Kiwnął głową i pożegnał się pośpiesznie. Braciszkowie usta pootwierali ze zdumienia, patrząc jak biegnie nie widząc i nie słysząc nic. Trzy dni zbiegły Wojtkowi na codziennych zajęciach i na marzeniach. Jakby to było cudnie gdyby tak poprawić chatę, ziemi skrawek mieć, chleba dostatek i piec ciepły zimą i łachy jakieś przystojniejsze… Karcił sam siebie za te myśli. – Toż to pewnie zwykły kamyk. Po co się mamić lepszą chatą czy odzieniem nowym. Potem biegł jak zawsze do lasu, do pszczół i barci. Tak mu zeszło do dnia, kiedy miał znów pójść do klasztoru. – Braciszkowie już nie dziwiąc się niczemu zaprowadzili go prosto do przeora. Stanął przed nim Wojtek i pokornie pozdrowił. Ojciec Laurent posadził go przed sobą, za ramiona wziął i w oczy mu patrząc rzekł: – No jak Wojtku? Trwasz przy tym, by ten kamyk ofiarować naszej Matce Najświętszej? – Trwam, szepnął Wojtek. – To powiem ci chłopcze, że i cały piękny kościół możesz Jej wybudować! Ale najpierw wybuduj chatę sobie i dziadkowi. Ona, Matka też by tak wolała. Umilkł przeor a Wojtek nie śmiał o nic pytać. Po chwili dopiero, kiedy zrozumiał słowa , które usłyszał wstał raptownie i do nóg się rzucił przeorowi. – Jak to? Co to za kamyk, że i kościół … i chatę… ? Mówcie dla Boga, bo mi się w głowie miesza. Ojciec Laurent podniósł chłopca i wszystko mu szczegółowo opowiedział. Powiózł on kamień do dużego miasta, do skarbca, którym opiekował się jego przyjaciel, braciszek zakonny jak i on ale kształcony tak, by strzec, zdobić i naprawiać złote kielichy, monstrancje i wszelkie precjoza służące Bogu na chwałę. Tenże braciszek szybko rozpoznał w kamieniu diament ale dla większej pewności zaniósł go jeszcze do miejskiego jubilera. Nie było w tym nic dziwnego. Wszyscy wiedzieli , że jest to braciszek od skarbów. Jubiler potwierdził , że rzeczywiście jest to wielki, piękny diament i określił bardzo wysoko jego wartość. Pałał też chęcią wielką, by kupić go od braciszka ale ten kazał mu czekać na właściciela owego skarbu. – A właściciel to ty Wojtku, zakończył opowieść przeor. Jeszcze tej jesieni pod lasem za wsią stanęła nowa, jasna chata z wielkim kominem i dachem spadzistym. Większa i ładniejsza od chat najbogatszych gospodarzy we wsi. Za chatą , stanęła stodółka i obora dla krowy , która muczała wesoło na widok dziadka. W miasteczku zaś zwożono drewno i kamień na kościół. Składano wszystko na wielkim placu pod dachem, by z wiosna zaraz ruszyć z budową. Wszystkiego pilnował młody jasnowłosy chłopak na zmianę z klasztornymi braciszkami. Chłopaka rozpoznawano jako „ dziadoka” spod lasu ale nikt go już tak nie nazywał. Gadano za to o cudach i czarach. Wojtek nie przeczył. Tylko latem następnego roku, kiedy niewielki ale piękny kościołek był gotów, poprosił przeora, by patronowała mu Matka Boża , opiekunka pszczół i pszczelarzy. Tak bardzo był wdzięczny tym małym owadom, że je także chciał uczcić. Zafrasował się przeor, bo o takim imieniu Matki Bożej nie słyszał ale pomyślał, że przecie ta Matka opiekuje się każdym Bożym stworzeniem i nie ma w tym nic zdrożnego. Wkrótce na jednej ze ścian kościółka zawisł wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku i pszczołą na palcu wyciągniętej ku ludziom dłoni.Tuli Syna i na pszczółkę spogląda z miłością, bo wszystko, co stworzone przez Boga godne jest miłości. Wierni do dziś tłumnie nawiedzają świątynię Matki Bożej „od pszczółek” , by za Jej wstawiennictwem dziękować Bogu za piękno i dobra jakimi darzy świat.                                                                                                       Władysława Cyran.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

BAŚNIE

 

 

 

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DAR KRÓLOWEJ  cz.I

Było to dawno temu. Tak dawno, że już nikt nie pamięta, czy zdarzyło się naprawdę . W małym, lichym domku poza wsią żył staruszek a z nim chłopiec niewielki. Staruszkowi było Barnaba a chłopcu Wojtek. Nikt ich tak jednak nie nazywał. Ludzie ze wsi mówili o nich „dziadoki” ale przeważnie nie mówili wcale. Nikt też ich nie odwiedzał, bo w lichej izbie nawet przysiąść nie było na czym a i poczęstunku żadnego spodziewać się darmo. Najważniejszym sprzętem był piec wylepiony starannie przez Barnabę a najpiękniejszym- obraz święty przed którym dziad i wnuk klękali każdego poranka i wieczora. Na obrazie Matka Boża z Dziecięciem na ręku i aniołowie i litery obce jakieś, wyblakłe. Wojtek codziennie wpatrywał się w twarz Matki na obrazie i tak przylgnęło mu serce do niej, że patrząc szeptał nieraz-mamo. Dziadek karcił go łagodnie ale i on nieraz wzdychał do Matki jak do rodzonej, której nie pamiętał. Im ciężej było im żyć tym mocniej obaj wzdychali i jakoś tak się stawało, że najgorsze biedy nie dały im rady. Całowali w podzięce ręce Matki na obrazie i dbali bardzo, by lśniła barwami na całą nędzną izbę. Barnaba od wiosny do jesieni chodził do wsi i pomagał w gospodarstwach. Dostawał za to czasem grosz czy dwa a częściej koszyk ziemniaków, woreczek kaszy czy czego tam, co gospodarzom zbyło. Wojtek chodził w druga stronę-do lasu. Zbierał chrust, znosił pod strzechę, by przewiał go wiatr i osuszyło słońce. Od wiosny do późnej jesieni wydeptywał coraz to inne ścieżki, by oprócz chrustu zbierać to, czym las darzył: maliny, jagody, grzyby czy choćby ziele jakie, które cieszyło Barnabę. Kiedy już nadto bieda przypiekała szedł Wojtek do miasteczka-do klasztoru na górce, biednego jak oni sami. Przygarniali braciszkowie sierotę i dzielili się z nim czym mogli. Wdzięczne chłopię w podzięce pomagało im jak umiało. Właził Wojtek na wysokie drzewa, by zdjąć jabłek parę , biegał na posyłki , szorował piaskiem sagany ale najchętniej pomagał przy uprzątaniu i strojeniu kaplicy. Znosił naręcza polnych kwiatów i ziół i układał tak, że uboga kaplica stawała się niczym cudna łąka. Braciszkowie w zamian odkładali dla niego pajdę chleba z własnego posiłku, którą on niósł dziadkowi jak skarb. I tak się wspomagali dziad i wnuk lato za latem, zima za zimą aż któregoś majowego dnia zdarzyło się coś, co odmieniło ich los. Ranek wstał piękny. Barnaba wybierał się, jak zawsze, do wsi. Z trudem jednak dźwignął się z łóżka po ciężkim wczorajszym dniu i zmartwiony swoją niemocą przysiadł na progu. Wojtkowi żal było dziadka. Nie był już prosty i silny jak kiedyś. Twarz pobruździł mu wiatr i mróz, siwe oczy wyblakły a proste plecy przygarbiły. Chłopiec postanowił, że teraz on będzie chodził i do wsi i do lasu. Dziadek zaś zostanie w chacie. Jak postanowił, tak zrobił. Ludzie we wsi zdziwili się widząc rosłego chłopaka, który dzielnie kopał, kosił, nosił wodę, czyścił oborę … a wszystko to zgrabnie i porządnie. Chłopcu jednak przykro było słuchać jak nazywają go „dziadokiem” i służba mu brzydła. Żeby nie troska o dziadka rzuciłby wszystko i poszedł w świat. Lepsze były dni, kiedy szedł do lasu. Wstawał o świcie, kładł kawal chleba za pazuchę i ruszał jedną ze ścieżek, które sam wydeptał. Pozdrawiał budzące się ptaki, witał się ze znajomymi drzewami i pełen otuchy szedł na polanę na której rosły poziomki od wiosny aż pokąd ich przymrozek nie zwarzył. Trawa mokra od rosy pachniała pięknie. Bywało, że rozmarzony, pełen zachwytu nad każdą trawką, nad mocą drzew, nad złotem słonecznych promieni wpatrywał się w wysokie niebo pełen słodkiej wdzięczności Bogu za to całe piękno. Gadał z żukami i mrówkami, ratował muszki przed zdradliwą pajęczyną rozpiętą na gałązce, odpowiadał ptakom trelem najpiękniejszym, jaki tylko potrafił z siebie wydobyć . Czasem spotykał w lesie ludzi ze wsi. Ci do miana „dziadoka” dodawali teraz kolejne -„durnowaty”. Oni widzieli w lesie tylko to, co mogli z niego wynieść z pożytkiem dla siebie. On tak nie umiał i nie chciał. Coraz rzadziej szedł do wsi i coraz częściej do lasu. Do chaty zajrzała rozpaczliwa bieda. Jagody i grzyby czy ziele lada jakie mogło wystarczyć za pożywienie na chwilę. Nie wracały sił dziadkowi a i Wojtek choć młody przecież wychudł i z sił opadł. Coraz częściej też zamyślał się nad ich losem. W ów majowy poranek przebiegł już kawał lasu. Uzbierał chrustu i poziomek dla dziadka, wreszcie zmęczony usiadł w gąszczu jak najdalej od ścieżki. Nie chciał znów usłyszeć tego, co ludzie o nim mówią. Rozmyślał patrząc na pracę mrówek i postanowił, że schowa dumę do kieszeni i pójdzie jutro do wsi. Nie może pozwolić, by głodem pomarli. Tymczasem oparł głowę na łokciu i patrzył na żyjątka uwijające się w trawie. Po chwili ciszę przerwał donośny brzęk i duża, piękna pszczoła zakołysała gałązką mniszka. Złoty kwiat aż się ugiął pod jej ciężarem a pszczoła niemal cała ukryła się w jego żółtych piórkach. Wojtek patrzył z podziwem i gadał do siebie… „ jakie to zwinne , jakie pracowite. I mrówki i te żuczki dookoła i ta piękna pszczoła… a ja?” I tym mocniej postanowił iść jutro do wsi na zarobek. Niech tam gadają co chcą. Pszczoła tymczasem opuściła kwiatek i bucząc jeszcze głośniej próbowała odfrunąć. Lecz czy to skrzydełka rosa zmoczyła, czy zbyt dużo skarbów zebrała , dość, że opadała ciężko na trawę ilekroć podrywała się do lotu. Jej brzęczenie prawie ucichło. Króciutkie bzz było bardzo smutne i brzmiało jak prośba o pomoc. -Prosi pomocy, pomyślał Wojtek. Co mam zrobić pszczółko? Zaniósłbym cię do twojego domu , ale gdzie on? Kto to wie? -Ja, zabzyczało cichutko spod trawy. Wojtek popatrzył wokoło. Nikogo. Przeraził się trochę. – Nie darmo ludzie mówią, żem durnowaty, kiedy głosy słyszę. Zdawało mi się, że pszczoła po ludzku gada. -Gada. Znów usłyszał jak ktoś czy coś powtarza jego słowa. -Pszczółko, czy ty mówisz do mnie? -Do ciebie. Usłyszał , chociaż nie mógł pojąć. Teraz jednak już był pewien, że to nie przywidzenie. Złapał się za głowę ze zdziwienia ale wnet przyszło mu na myśl, że pszczółka zaczęła gadać ludzkim głosem ze strachu i zmartwienia.Z pragnienia wielkiego, by ktoś jej pomógł. Nie chce przecież zginąć. Pochylił się niziutko i wpatrzył w niebogę. Wydało mu się, że na główce owada widzi malutką koronę. Zamrugał oczami. – To słońce tak mami, zamruczał. – Jakże ja ci mam pomóc maleństwo? Toż sam pragnę pomocy . -Pomóż. A ja pomogę tobie, usłyszał w odpowiedzi. -A gdzieżby. Takieś maleństwo a obiecujesz pomoc takiemu dryblasowi. Obejdzie się. Powiedz raczej co mam robić. -Zerwij dzwonek leśny i liść babki. Usiądę na listku, ty mnie połóż na dłoni i nieś. Dzwonkiem zaś podzwaniaj co chwilę. Po tych poleceniach zamilkł cieniutki głosik. -Pewnie bardzo się zmęczyła tym ludzkim gadaniem, pomyślał Wojtek. Zrobił to, co mu poleciła. Zerwał liść babki i dzwonek leśny, dziwiąc się, że trafił się taki wielki i piękny. Położył liść na dłoni a dłoń na trawie. Pszczółka wnet się wgramoliła na liść a on zrobił z dłoni łódkę i ruszył przed siebie. Co jakiś czas potrząsał dzwoneczkiem a on dźwięczał tak cicho, że Wojtek go nie słyszał. Robił jednak to o co pszczółka prosiła. Dziwiło go tylko, że ilekroć potrząsnął kwiatem to gdzieś w pobliżu odzywał się cichutki dźwięk podobny do trelu słowika wskazując mu kierunek. Natężał więc słuch pilnie. Pszczoła siedziała cicho na jego dłoni do chwili, kiedy po potrząśnięciu dzwonkiem odezwał się nie trel ptasi a donośne brzęczenie. Przestraszył się . Pokłują go, pożądlą i jak jutro pójdzie do wsi? Odruchowo zamknął dłoń z pszczołą. Może to nie jej rodzina? Może to nawet nie pszczoły? Kto to wie? Niczego nie widać, za to brzęczenie aż w uszach dudni! Potrząsnął znowu dzwonkiem i ze zdumieniem stwierdził, że brzęczenie cichnie. Pszczoła w jego ręku poruszyła się niecierpliwie. Otworzył więc dłoń i czekał. Nie odlatywała. – Idź dalej, usłyszał. – Idź do nich. Szedł więc ostrożnie przez gęste zarośla w stronę, skąd dochodziło brzęczenie. Dobrą chwilę przedzierał się przez gąszcz uważając, by nie zgubić ni pszczoły ni dzwonka. Po chwili groźne buczenie odezwało się znowu, lecz teraz brzmiało inaczej. – Niczym organy w kościele, pomyślał. Już się nie obawiał żądeł. Słuchał i szedł w stronę tego grania aż zobaczył chmurę złocistą , która falowała w słońcu. To od niej szła ta dziwna muzyka. Ciekawość, lęk i zachwyt tak mieszały mu myśli, że przykląkł na trawie i słuchał. Złota chmura oderwała się od pnia i teraz grając głośno otoczyła chłopca wykonując jakiś szalony taniec. Wojtek odruchowo schował głowę w ramiona , zamknął oczy i uniósł dłoń z dzwonkiem w obronnym geście. Drugą, tę z pszczołą trzymał nadal przed sobą. Chwilę dobrą trwał w tym owadzim graniu nie wiedząc czy to sen czy jawa. Nagle wszystko ucichło. Otworzył oczy i rozejrzał się dokoła. Wielki rój pszczół obsiadł pobliski pień i tylko nikłe drganie wskazywało, że jest tam życie. Pszczoły na jego dłoni nie było. Tylko zwiędły liść babki pozostał i dzwonek błękitny. Opuścił ręce i patrzył jak maleńkie owady, pomagając sobie skrzydełkami sadowią się coraz wyżej na pniu w ciszy i skupieniu jakimś. -Niczym ludzie w kościele, pomyślał. Wpatrzony w to dziwne zjawisko dostrzegł w samym środku „swoją” pszczółkę. Była większa i –jak mu się wydało- bardziej złota. – A więc trafiliśmy-szepnął uśmiechając się szeroko. –To od tej korony tak błyszczypomyślał i zaraz druga myśl przyszła-że niechybnie jest „durnowaty”, bo jakaż korona mogła być na pszczelim łebku? Wstał i rozejrzał się za ścieżką.- Trzeba wracać. Dziadek będzie niespokojny. Zaledwie jednak odszedł kilka kroków nad jego głową znów rozległo się buczenie. Kilkanaście pszczół szybkim, kolistym ruchem migało mu przed oczyma. -I czegóż wy małe jeszcze chcecie? Wracajcie, bo znów się którejś przygoda zła zdarzy. Ale pszczoły nie słuchały. Uparcie krążyły mu tuż przed oczyma. -Chcecie bym zawrócił ? Stało się znowu co? Nie mogę kochane. Dziadek sam w chałupie. Pewnie się martwi, że tak długo nie wracam. I głodny pewnie. O, laboga! Toż poziomki na łące zostały! Co ja dam dziadkowi? Umorzy się! Ciche brzęczenie nie ustawało. Pszczoły za nic miały jego protesty. Odlatywały na parę łokci w las i uparcie powracały krążąc nad jego głową. – Choćby te poziomki zabiorę, pomyślał. Ruszył jak mógł najszybciej popędzany obawą o dziadka. Wkrótce dotarł do łąki i odnalazł rożek z łopianu w który nazbierał poziomek. Pszczoły nie ustawały. Przyleciały wraz z nim i krążyły wciąż i wciąż kusząc go w powrotną drogę. Zmęczył się już tą zabawą. – Daleko mnie nie poprowadzą, pomyślał i ruszył za nimi. Teraz rozpoznawał już miejsca, które widział niedawno. – Kraina pszczółek, rzekł do siebie. Po chwili był już w takiej gęstwie, że z trudem stawiał stopy pomiędzy zbutwiałymi pniami, suchymi gałęziami zarosłymi krzakami i zielskiem wszelakim. Wcześniej, przejęty rolą i trochę przestraszony, niewiele widział. – Co za głusza, pomyślał. Potknął się o zbutwiały pień i przysiadł. Umilkł szelest jego kroków i wtedy usłyszał znowu równe, donośne brzęczenie. – Pszczoły znów grają, szepnął do siebie. – I jak pięknie basują. Podniósł głowę i rozejrzał się. Ogromne świerki, sosny i buki prześwietlało słońce. Na jednym ze strzelistych pni w słonecznym promieniu rozbłyskiwało coś złociście. C.d.n.

Władysława Cyran

OLYMPUS DIGITAL CAMERA